Co powinniśmy wiedzieć planując budżet domowy? Piszą o tym: Karol Wilczko, Mikołaj Fidziński, Damian Rosiński, Jacek Kasperczyk, Marcin Zienkiewicz
Karol Wilczko
Współzałożyciel pierwszej w Polsce porównywarki finansowej Comperia.pl. Lubi pisać o finansach osobistych i produktach bankowych. Z rynkiem finansowym związany od ponad 11 lat (wliczając w to studia w Szkole Głównej Handlowej). Codziennie dochodzi do nas mnóstwo informacji finansowych, które w sposób pośredni lub bezpośredni dotyczą naszych domowych budżetów. Jak się odnaleźć w gąszczu tych wiadomości? Które wydarzenia mają znaczenie dla naszych portfeli, a które są mniej istotne? Na co zwracać uwagę kupując produkty finansowe, czy ubezpieczeniowe? O tym wszystkim na naszym „comperiowym” blogu. Wszelkie komentarze do opisywanych przez nas tematów mile widziane.
RSS


Blog > Komentarze do wpisu
Patrz co podpisujesz. Ograniczone zaufanie to podstawa.
Niedawno po Szkole Głównej Handlowej w Warszawie chadzały grupy młodych ludzi namawiających napotkanych studentów do zainteresowania się rachunkiem osobistym w pewnym banku. Ja również stanąłem na ich drodze. Postanowiłem przeprowadzić więc mały eksperyment.

Poniższa historia jest o tym, aby do każdej osoby proponującej nam jakiś produkt finansowy mieć ograniczone zaufanie. Nazwę banku zatrzymam dla siebie, bo akurat on jest tu najmniej winny, problemem okazało się osoby, którym nie można ufać. A takie „czarne owce" zapewne współpracują lub współpracowały z każdą instytucją finansową w Polsce. Poprzestańmy zatem na banku X i koncie Y.

Podeszły do mnie 2 dziewczyny, na oko jakieś 22-25 lat. - Czy możemy z tobą porozmawiać o koncie Y w banku X? - pytają. - Owszem, czemu nie. - miałem czas i spore pokłady ciekawości co z tego wyniknie. Szybko okazało się, że dysponowały wiedzą o dosłownie kilku podstawowych opłatach i cechach rachunku. Głównym argumentem, abym wypełnił wniosek o założenie konta było... że taką to mają niewdzięczną pracę i stracą ją jeśli nie przyniosą odpowiedniej liczby wypełnionych wniosków. A właściwie to dla mnie nic nie znaczy, bo dostanę do domu pocztą umowę i nawet jej nie muszę podpisywać ani odsyłać - bank da mi spokój i rachunku mi nie otworzy. Każdy będzie zadowolony - one bo przyniosą do banku X wniosek, a ja - że im pomogę.

Wszystko więc super. Wypełniłem wniosek, skserowano mi dowód osobisty, a następnie... dziewczyny podsunęły mi dokument, na którym jak byk stało „Umowa konta". Wolne rubryczki na moje dane osobowe, następnie masa przepisów. Proszą, aby podpisał się poniżej. - Jak to? - pytam - Przecież wystarczy, że wpiszecie potem moje dane, i już macie wszystko, żeby bank X założył mi rachunek.  - To nie tak - otrzymuję odpowiedź. Tłumaczą, że podpis jest potrzebny żeby sprawdzić zgodność czegoś z czymś (już nie pamiętam szczerze mówiąc). Podpisuję - bo znam parametry konta Y lepiej od nich i wiem, że mój eksperyment nie będzie kosztowny, nawet jeśli stanie się tak jak przewiduję. Czyli - że właśnie założyłem konto Y, chociaż dziewczyny z banku X przekonują mnie jak mogą, że tak absolutnie nie jest.

Rezultat eksperymentu pt. „Tylko złóż wniosek o konto"? Łatwy do przewidzenia. Jeszcze tego samego dnia dostaję maila z powitaniem w gronie klientów banku X. Po tygodniu otrzymuję kartę do konta, a po kolejnych kilku dniach - kod PIN doń.

Opisuję tę historię jako przestrogę przed osobami, które proszą „tylko o wypełnienie wniosku", zapewniające, że nie niesie to za sobą żadnych konsekwencji. Jest takie powiedzenie, bardzo słuszne - „Kto ma miękkie serce, musi mieć twardą..." (jeśli ktoś nie zna końcówki, niech sobie wygoogluje). Mój eksperyment kosztował mnie jedynie kilkanaście minut wizyty w placówce banku X w celu zamknięcia rachunku, zresztą spędzone w bardzo miłej atmosferze. Ale wyobrażam sobie, że w podobny sposób ludzie mogą zostać nabici w pożyczki czy karty kredytowe. A to już będzie dużo poważniejsza sprawa.

poniedziałek, 18 marca 2013, fidzinski

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: