Co powinniśmy wiedzieć planując budżet domowy? Piszą o tym: Karol Wilczko, Mikołaj Fidziński, Damian Rosiński, Jacek Kasperczyk, Marcin Zienkiewicz
Karol Wilczko
Współzałożyciel pierwszej w Polsce porównywarki finansowej Comperia.pl. Lubi pisać o finansach osobistych i produktach bankowych. Z rynkiem finansowym związany od ponad 11 lat (wliczając w to studia w Szkole Głównej Handlowej). Codziennie dochodzi do nas mnóstwo informacji finansowych, które w sposób pośredni lub bezpośredni dotyczą naszych domowych budżetów. Jak się odnaleźć w gąszczu tych wiadomości? Które wydarzenia mają znaczenie dla naszych portfeli, a które są mniej istotne? Na co zwracać uwagę kupując produkty finansowe, czy ubezpieczeniowe? O tym wszystkim na naszym „comperiowym” blogu. Wszelkie komentarze do opisywanych przez nas tematów mile widziane.
RSS


Blog > Komentarze do wpisu
Bierzmy przykład z naszych bratanków!
Od 1 września tego roku na Węgrzech obowiązują dwie nowe ustawy gospodarcze. Obie, choć jakże odmienne, dotyczą budżetu państwa i są dowodem na to, że można leczyć społeczeństwo z patologii, nie stosując metod totalitarnych. Wystarczy zastosować argument ekonomiczny, czyli mówiąc krótko: po kieszeni!

Ustawy, o których mowa mają na celu poprawienie niełatwej sytuacji budżetowej rządzonego przez partię Fidesz Państwa, po którym przejęliśmy prezydencję w Radzie UE. Pierwsza z nich nakłada na osoby bezrobotne (utrzymujące się z zasiłku), obowiązek uczestniczenia w takich projektach, które leżą w interesie publicznym. Chodzi głównie o niezbyt skomplikowane prace fizyczne – głównie w obszarze rozwoju i naprawy infrastruktury.

Rzeczony akt prawny wpisuje się politykę rządu, który równocześnie obniżył wysokość samych zasiłków dla bezrobotnych (do poziomu 100 proc. płacy minimalnej, czyli w przeliczeniu ok. 280 euro) oraz skrócił okres ich pobierania (do 90 dni!). Takie rozwiązanie na pewno nie przypadnie do gustu ponad 450 tys. Węgrom zarejestrowanych w tamtejszych Urzędach Pracy. Rządzący oczekują, że nowe reguły gry nakłonią do podjęcia zatrudnienia połowę spośród nich. Te cięcia wydatków mają przynieść równowartość niemal 40 mln euro rocznie.

Druga ze wspomnianych zmian w prawie sprowadza się do wprowadzenia nowego podatku, nazwanego przez media „chipsowym”. Objęta bowiem nim zostanie żywność (oraz napoje) o wysokiej zawartości cukru, soli, węglowodanów oraz kofeiny. Konsumenci będą musieli wydać więcej np. na napoje energetyzujące (w przeliczeniu prawie 1 euro więcej od litra). Średnio o jakieś 0,5 euro zdrożeje kilogram słonych oraz słodkich przekąsek (np. chipsów, ciasteczek i gotowych ciast). Za litr innych napojów będzie trzeba płacić 5 forintów więcej (podczas gdy jedno euro to ok. 270 forintów).

Podatek chipsowy? Jestem na TAK!

Powodem (czyt. pretekstem) do wprowadzenia nowej daniny są niepokojące wyniki badań „nawyków żywieniowych Węgrów i ich skutków dla zdrowia", czyli skłonność naszych bratanków do pochłaniania tego, co niezdrowe, choć dla wielu całkiem smaczne.

Dla kogoś o poglądach co do zasady liberalnych (w kwestiach ekonomicznych, ma się rozumieć), to rzecz godna potępienia, albowiem Państwo wyraźnie ingeruje w pewien konkretny rynek, którego uczestnikami są głównie producenci owych artykułów oraz ich konsumenci (tudzież pośrednicy, którzy nakręcają obrót tymi towarami).

Ale z drugiej strony, inicjatorom tej ustawy chodzi o tzw. „dobro wyższe”, czyli o wyższe wpływy do budżetu oraz o zdrowsze społeczeństwo, które ów budżet zasila przecież podatkami. Niewłaściwe odżywianie się (zbiorcza nazwa dla w/w artykułów spożywczych nie bez kozery brzmi „niezdrowa żywność”) prowadzi do pojawienia się dolegliwości zdrowotnych, które są przeszkodą dla normalnej (nie mówiąc już o postulowanej przez wielu ekonomistów zwiększonej) wydajności pracy. Konsekwencją są przerwy w pracy, urlopy zdrowotne, wizyty u lekarzy, konieczność zakupienia farmaceutyków itd.

Krótko mówiąc, osoby chore cierpią potrójnie – 1) doświadczają bólu fizycznego 2) mają gorszy nastrój, często „siada” im psychika 3) są zmuszone wydawać pieniądze na leki i kuracje zamiast je np. inwestować. Ponadto, im dłużej przebywają na zwolnieniu lekarskim, tym niższego wynagrodzenia się mogą spodziewać. W ekstremalnych przypadków mogą ze względów zdrowotnych stracić pracę – w końcu nawet wyrozumiali pracodawcy nie są w stanie przez dłuższy czas trzymać na stanowisku osób przewlekle chorych. Patrząc na omawiane posunięcie węgierskich polityków z punktu widzenia ekonomii, można dostrzec w nim istotne pozytywy. A skoro tak, to nie trzeba być politykiem PJN, aby wpaść na pomysł przeszczepienia takich przepisów na grunt prawa polskiego.

Wyobraźmy sobie, że analogiczne posunięcie zastosowano by w naszym kraju. Wówczas, w pierwszej fazie, firmy działające w branży chipsów i napojów mogłyby liczyć na większe przychody ze sprzedaży. Źródłami takowej byłyby:

Darmowa reklama w mediach – zwiększająca wskaźnik rozpoznawalności poszczególnych marki i pospolitych nazw takich jak te, które kilka razy padają w tym artykule.

Efekt „zakazanego owocu” – przez pewien czas producenci mogą liczyć na zwiększenie zainteresowania ich towarami, gdyż coś co jest zakazywane z reguły smakuje nam bardziej.

Zwiększona sprzedaż takich artykułów spożywczych -  przed wejściem przepisów w życie, można się spodziewać, że niektórzy przynajmniej zechcieliby się zaopatrzyć w duże ilości tych „smakołyków” – zjawisko kupowania czegoś na zapas (po ujawnieniu informacji o prognozowanym wzroście cen) jest stare jak świat i chyba nie trzeba go tłumaczyć…

W kolejnej fazie, u niektórych ludzi pojawiłoby się współczucie dla tych przedsiębiorców – wywołane przez inny psychologiczny efekt – tzw. efekt kozła ofiarnego. Jego istotę można sprowadzić do serii pytań, które zapewne byłyby stawiane w mediach zarówno przez obiektywnych dziennikarzy, jak i przez osoby lobbujące na rzecz branży przekąsek: (Czy istnieją niepodważalne dowody, że to właśnie produkowane przez te podmioty wyroby spożywcze są przyczyną – główną lub poboczną – tyjącego i podupadającego na zdrowiu społeczeństwa? A może nasi rodacy po prostu się objadają? Poza tym czy zdrowy styl odżywiania się można usankcjonować poprzez podatek?) Bliższa prawdzie odpowiedź na to ostatnie pytanie brzmiałaby: NIE. Ale czy taki podatek godzi w wolności obywatelskie? Również NIE. Bo nikt nie zakazuje konsumpcji tego rodzaju sztucznie wytwarzanego jedzenia, tylko stara się przemówić do rozumu szerokich mas społecznych, stosując w tym celu argument ekonomiczny, przez niektórych zwany drożyzną.

Zamożni obywatele (tych zarówno w Polsce jak i na Węgrzech jest mniej) i tak nie odczują efektów tego podatku w portfelach. Zaś biedniejsza, ale większa część społeczeństwa wciąż będzie miała wybór: jaką część swoich zarobków przeznaczać na taką niezdrową żywność? Jeżeli Węgrzy podejmą mądrą decyzję, to producenci takich przekąsek (na ogół i tak bogate koncerny spożywcze) będą zmuszeni pogodzić się z mniejszymi zyskami. Jeżeli nawet ograniczą produkcję i zwolnią niewielką liczbę pracowników (gdyż większość pracy przy produkcji tego rodzaju artykułów wykonują maszyny), to i tak można się spodziewać, że bilans makroekonomiczny okaże się korzystny.

W jednej z audycji telewizyjnych o skomentowanie tej decyzji Węgrów została poproszona Anna Kalata - była minister pracy, której udało się diametralnie odmienić swój wizerunek, zrzucając niemałą liczbę kilogramów). Z pierwszą częścią jej wypowiedzi (brzmiącą mniej więcej tak: „wzrost cen nie będzie powodował, że zmniejszymy spożycie tych artykułów – tak naprawdę jest to wyciągnięcie pieniędzy z rąk konsumentów.”) niżej podpisany nie zgadza się, bo konsument nie będzie musiał tego podatku płacić – wystarczy, że nie włoży do koszyka puszki z napojem energetyzującym lub paczki chipsów. Natomiast w tym, co posłanka Kalata mówi dalej (cytat niedokładny) jest sporo racji: „Rolą rządu nie jest nakładanie nowych podatków na żywność. Promować powinno się modę na zdrowy styl życia - naukę, jak konstruować sobie dietę, wspomagać kontakt z lekarzami”. A zdrowy tryb życia to aktywny tryb życia, do którego niżej podpisany pragnie gorąco zachęcić.

Paweł Puchalski



piątek, 16 września 2011, pawelpuchalski-comperia

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: endrju, 62.77.195.*
2011/09/19 12:50:18
zamiast obniżyć podatki na zdrową żywność podnieśli na niezdrową:-)
-
Gość: Marcin, 80.54.33.*
2011/09/19 13:19:21
-
2011/09/19 13:24:47
"Takie rozwiązanie na pewno nie przypadnie do gustu ponad 450 tys. Węgrom zarejestrowanych w tamtejszych"

powinno być Węgrów a nie Węgrom (nie przypadnie do gustu (komu) tysiącom Węgrów)
-
Gość: mordimer997, *.itsa.net.pl
2011/09/19 14:21:34
Ta.... Kolejne totalitarne praktyki współczesnych państw. Państwo mi mówi co mam, jeść co pić. A zdawałoby się, że w demokracji to władza należy do narodu. Lecz nie to państwo czyli w praktycy urzędnicy i politycy swojemu narodowi mówią jak ma się odżywiać. Oczywiście dla jego dobra, a jakże. To może np. dla dobra narodu zacznijmy kontrolować ile np. ktoś dziennie spożywa kalorii, i jak się okaże, że za dużo to łupnijmy podatek od kalorii. Jak to skontrolować? Coś by się wymyśliło. Oczipujmy obywateli, albo co. Może jeszcze nie dziś ale za parę lat jak technologia się rozwinie. Jakby takiego czipa do kontroli wymyślić, to może by jeszcze zacząć sprawdzać, ile ktoś wypija tygodniowo alkoholu. I czy w ogóle dobrze żyje. Zgodnie z prawem. Czip dla każdego. Oczywiście wszystko dla naszego dobra. Zakład, że za parę lat pojawią się takie pomysły jak dziś pozwolimy politykom kontrolować poprzez politykę podatkową nasz jadłospis? Adwersarzom polecam "Mechaniczną pomarańczę" Pomiędzy pomysłem podatku, a światem jak z tej książki droga z pozoru daleka, ale kto wie?
-
Gość: , *.scansafe.net
2011/09/19 14:24:07
nie wiem czy caly ten wypocony artykul to taka swoista ironia czy autor poprostu jest malo inteligentnym pismakiem socjalistą z zacieciem komunistycznym... chyba to drugie niestety dlatego serdecznie wspolczuje!
-
Gość: , *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2011/09/19 14:52:05
Brawo!!! Przybywa nam mędrków z jedynie słusznymi poglądami. Powiedzą nam, co jeść, jak spędzać czas, co myśleć.
Dla autora mam podpowiedź: podnieśmy podatki na wszystko oprócz cebuli( cebula zdrowa jest i basta). W ten sposób uszczęśliwimy społeczeństwo, które bez naszego światłego kierownictwa popadnie w choroby, biedę i rozpacz.
-
Gość: ja, 217.153.8.*
2011/09/19 14:54:20
Słabe, bardzo słabe.
-
Gość: Seer, *.internetdsl.tpnet.pl
2011/09/19 15:25:54
Bardzo podoba mi się wizja kreowana przez autora, jakoby poprzez podatki można wychowywać społeczeństwo w kwestii, np. zdrowego trybu życia. Tylko czemu autor zatrzymuje się, robiąc ledwie kroczek?? Przecież idąc dalej tym tropem myślenia powinno wprowadzić się: podatek telewizyjny (żeby nie siedzieć przed tv tylko sie ruszać), komputerowy (to samo), książkowy (również to samo), samochodowy (żeby zacząć chodzić do pracy lub na wakacje zamiast jeździć), podatek od komunikacji miejskiej (bo to przecież też niezdrowe), kolejowy i lotniczy (znów te niezdrowe przesiadywanie w fotelu zamiast ruchu), kinowy (znów te fotele), internetowy (w pakiecie z komputerowym), komórkowy (bo zamiast się przejść do znajomych to ludzie przez telefony gadają, zresztą mogą być one szkodliwe, więc od razu dwie pieczenie na jednym ogniu), od nieergonomicznych krzeseł biurowych (bo wykrzywiają kręgosłup) i pewnie jeszcze z kilka(set) innych podatków (w pakiecie proponuję nazywać je podatkiem wychowawczym lub zdrowotnym)...

A na koniec, z wyjątkową dedykacją dla rządu Węgier i szacownego autora, proponują wprowadzić podatek od głupoty... to dopiero byłby podatek słuszny społecznie...